|
środa, 04 stycznia 2012
piątek, 16 września 2011
Natknąłem się ostatnio na zespół, którego nie da się prosto zaszufladkować. Łączy style i gatunki a na dodatek na przestrzeni czasu ewoluował znacznie, przez co trudno w jakikolwiek sposób zakwalifikować i opisać jego muzykę. Żeby było ciekawiej jego członkowie pochodzą z USA w co trudno uwierzyć słuchając kolejnych płyt. Posłuchajcie i popatrzcie Mało? Nie ma sprawy, też chciałem więcej Z innych rzeczy: Arch Enemy trzymają poziom równo i wysoko, "Khaos Legions" to dobra sztuka melodyjnego death metalu. Jeśli mowa o trzymaniu poziomu to Vader łomocze już tyle lat i wciąż możemy być z niego dumni. Ponieważ dzisiejszy odcinek sponsoruje death i okolice to znalezisko z ostatnich dni. Nie mogłem się oderwać, bardzo ciekawa płyta "Communicate the storms" Cipher System Nie zmieniając klimatów, ale odrobinę lżejsza i bardziej pod prawą nogę pieśń o miłości kolejnego odkrycia pt. Gormathon I żeby nie było, że samym metalem żyje człowiek na koniec Everlast w swoim niezmiennym stylu z r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-ą piosenką "I Get By"
wtorek, 16 sierpnia 2011
Pośród przykazań Leszka Kołakowskiego dotyczących szczęśliwego życia znajduje się m.in "Chcieć niezbyt wiele.". Dziwne zalecenie w czasach kiedy możliwości dostępne na wyciągnięcie ręki dla dużej części ludzi każą się zastanawiać jak skorzystać z jak największej ilości a nie odmawiać ich sobie. Nie wiem jak innych ale mnie ta mnogość opcji do wyboru przytłacza i denerwuje. Okazuje się, że istnieje na to naukowe uzasadnienie, które w rewelacyjnym (czyt. normalnym jak na to wydarzenie) wykładzie na konferencji TED przedstawia Barry Schwartz. Wnioski z niego płynące przypomniały mi zacytowane na początku przykazanie bo im więcej mamy możliwości tym więcej chcemy a im więcej chcemy tym mniej zadowoleni z wyborów jesteśmy. W takiej sytuacji zastosowanie się do rady prof. Kołakowskiego wydaje się być dobrą wskazówką jeśli rzeczywiście zależy nam na jakości naszego życia. Takiej jakości, której nie należy utożsamiać z dobrym samochodem, markowymi ubraniami, komsmiczną elektroniką i innymi wytworami cywilizacji, które często tylko pozornie służą poprawieniu naszego samopoczucia.
środa, 03 sierpnia 2011
poniedziałek, 27 czerwca 2011
"It’s funny, most people are fine with saying they’re “no good at math”
or “no good at…” many things, but everyone insists they are great
natural talents at things like driving and riding" via City Biker Blog Parszywą puentą do powyższego są statystyki z ostatniego weekendu "bez ofiar". Czasem ludzie pytają mnie dlaczego używam roweru w mieście a motocykla głównie w trasie. Pomyślałem o tym wczoraj wracając do Warszawy kiedy pod wiaduktem na skrzyżowaniu Hynka ze Żwirki i Wigury człowiek skręcający w lewo z pasa do jazdy na wprost omal nie zderzył się z gościem wjeżdżającym na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Ale Polacy to przecież świetni kierowcy.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
środa, 08 czerwca 2011
O moim podejściu do ściągania, ludzi, którzy się go podejmują i miernocie polskich szkół wyższych miałem okazję już co nieco skrobnąć a dzisiaj pojawiła się okazja by dodać parę słów. Jesienią poprzedniego roku umieściłem ogłoszenie na dedykowanym takim celom portalu, że udzielam korepetycji z różnych dziedzin m.in elektrotechniki mając nadzieję, że ktoś na poziomie technikum będzie zainteresowany takimi zajęciami. No i jakie są efekty? To, że szczęścia próbują studenci nie dziwi mnie specjalnie, korepetycji z tego przedmiotu nie ma za wiele więc można spróbować, a nuż pomogę mimo tego, że w ogłoszeniu stoi wyraźnie "na poziomie szkoły średniej". To, że kontaktują się ze mną dwa-trzy dni przed kolokwium/egzaminem i wyjątkowo często w okresie sesji też nie dziwi. Niech pierwszy rzuci kamień kto był studentem i robił inaczej. Ale to co mnie spotkało dzisiaj jest... hm... sami oceńcie. 1) telefon i lekko zaspany głos w słuchawce "...no i wprawdzie to uczelnia, ale prywatna i... no chodzi o referat, żeby go napisać na piątek... temat dotyczy impedancyjnego pomiaru wilgotności... taki na jedną stronę A4" 2) SMS(!) z prośbą o pomoc w napisaniu kolokwium polegająca na odebraniu wiadomości ze zdjęciami zadań i odesłaniu takowych z rozwiązaniami. Nie zacytuję bo skasowałem tę bzdurę. Co do 1) temat jest tak trywialny, że przeciętnie uzdolniony uczeń podstawówki potrafiłby ściągnąć materiały z sieci i wykroić prosty referat. Jak można być tak leniwym żeby zlecać takie zajęcie osobie z zewnątrz? Po co iść na studia kiedy tak banalne zadanie nie będzie nawet wykonane samodzielnie? Co do 2) tutaj chyba nie potrzeba komentarza ani co do sposobu kontaktu ani tego co miałoby być zrobione Obowiązku uczenia się nie ma, dobrych rzemieślników brakuje, chłopcy wyraźnie tracą czas. I po co?
czwartek, 02 czerwca 2011
Spokój, puste mieszkanie, szklaneczka jak wyżej z jedynym słusznym wkładem, wyciszenie po całym dniu.
wtorek, 05 kwietnia 2011
Mam problem z tym filmem. Wizualnie powoduje opad szczęki. Ścieżka dźwiękowa tylko potęguje doznanie. Sentyment za pierwszym "Tronem" wywołującym lawinę skojarzeń z pierwszym ośmiobitowcem jaki zamieszkał w domu i przykuwał na długie godziny do ekranu (a miałem wtedy 6 lat...) utrudnia napisanie tego, że to ładna historia z kapitalną ścieżką dźwiękową, ale pozbawiona treści. Co nie zmienia faktu, że można w tych obrazach zginąć na dwie godziny. (koniecznie oglądać w jakości HD) A jak ktoś chce obejrzeć fajny film, tak po prostu, to polecam "Flipped"
niedziela, 27 marca 2011
Rewelacyjny zbiór filmów dokumentalnych http://www.filmy-dokumentalne.pl/ Posiadanie telewizora staje się coraz mniej uzasadnione.
niedziela, 20 marca 2011
Zaczynam mieć poważne podejrzenia, że znaczna część naszego społeczeństwa cierpi na schizofrenię. Kto lubi samobójców na motocyklach testujących w godzinach 22 - 2 rano moc swoich motocykli między kolejnymi światłami? Albo potężny gang V-twin'a budzący pół osiedla kiedy jego właściciel właśnie wyjeżdża do pracy? Ew. kto nie dostaje szczękościsku widząc spryciarzy lawirujących w korkach między obywatelami grzecznie cierpiącymi w samochodach? No właśnie, tylko ci, którzy biorą w tym udział bo reszta ze ściśniętymi pośladkami życzy im wszystkiego co najgorsze. Co dziwnym nie jest mając na względzie naturę polaków. I tylko jedna rzecz mnie dziwi, której doświadczyłem na własnej skórze. Raz: postój na parkingu pod sklepem, zdjąwszy rękawice i kask zająłem się rozmową przez telefon jednocześnie rozglądając się spokojnie dookoła. Obok mnie miejsce opuszczał samochód z dwoma mężczyznami. Kierowca z dużym trudem wyjechał szczęśliwie, to trudne zadanie bo kiedy odjeżdżał to wbił wzrok w moje moto i tak już mu zostało aż ograniczyła go natura tj. głowy nie da się obrócić o 180 stopni... Dwa: stojąc na światłach nieostrożnie rozejrzałem się na współtowarzyszy niedzielnej przejażdżki. Spojrzenie w lewo: dwie pary oczu wbite we mnie. Spojrzenie w prawo: to samo ze strony pieszych. WTF?! Pali mi się tylna opona czy co? Nie wszystko w porządku, to co jest?! Trzy: tak sobie pijemy z kolegami. "Ej, chłopaki. Widzieliście moje moto?". Błąd... "O kur...", "A ile ma koni?", "Ale maszyna!", "To ty masz prawko?", "W tej kurtce to nawet, nawet..." (kolega gej, wybaczam mu), itp. itd. przez najbliższe kilkanaście minut włącznie z prośbami o przejażdżkę przy najbliższej okazji, odwiedzinach żeby zobaczyć i tym podobne. Wszystko OK, ja mam tak samo tylko, że JA mam nasrane w głowie i to mnie usprawiedliwia, ale normalni ludzie, którzy zazwyczaj albo zieją ogniem na "samobójców i dawców organów" albo mają stosunek co najwyżej obojętny? Coś tutaj nie gra. Więc jak to jest naprawdę? Boicie się i jednocześnie fascynują was motocykle. Przeklinacie ich kierowców, ale z zazdrością spoglądacie na nich kiedy tylko znajdą się przy swoich maszynach. Chętnie byście na nie wsiedli, ale irracjonalne uczucia nie pozwalają przełamać obaw. Sądzicie, że motocykl to takie trochę uładzone narzędzie do zabijania, każda przejażdżka to rosyjska ruletka a jednocześnie z wielką chęcią pojechalibyście przy najbliższej nadarzającej się okazji. Całe szczęście mam to za sobą, ja tylko dostaję gęsiej skórki na dźwięk rozkręcającego się silnika, zakładam kask i jestem w innej rzeczywistości. Czuję się w niej znakomicie.
piątek, 04 lutego 2011
Dwie pieśni, które ostatnio wprost mnie zachwyciły Black Country Communion - One Last Soul Mr Big - Undertow I dwie, które po prostu lubię Godsmack - The Enemy Children Of Bodom - Was It Worth It?
środa, 02 lutego 2011
Nie trzeba wielkiej przenikliwości by stwierdzić, że polskie uczelnie to shit zrobiony z gówna (mam nadzieję, że to mi jeszcze ujdzie na sucho, niedługo może już niekoniecznie jeśli pewien błyskotliwy pomysł chwyci...). Wszystkie bez wyjątku. I nie ma co roztrząsać wewnątrzkrajowych rankingów bo to ma podobny sens jak szukanie mistrza polski w piłce nożnej - wstyd światu pokazać.
Przy okazji pozdrowienia dla geniuszy z gorącą wiarą w równanie "studia = praca". Nie te czasy niedźwiadki, nie te czasy... Jedną z przyczyn takiej a nie innej opinii z mojej strony jest niczym nieskrępowane i kultywowane przy cichym przyzwoleniu prowadzących ściąganie, bez którego przeciętny polski student nie wyobraża sobie zaliczenia kolejnych przedmiotów. Obserwowanie tego zjawiska z bliska przez 5 lat studiów było "interesującym" zjawiskiem a pomysłowość współtowarzyszy niedoli momentami powalająca. I autentycznie wkurwiająca jako potwierdzenie stereotypu polaka-cwaniaka. Nie do końca wiem czy tłumaczyć przymykanie oka uczelni na to zjawisko, faktem jest, że czasem przekraczało granice groteski. Ot sytuacja autentyczna, egzamin na 3 roku. Jeden ze studentów w trakcie ucieka (dosłownie:biegiem) z auli dzierżąc w spoconej dłoni arkusz egzaminacyjny. Znika w czeluściach gmachu mimo starań asystentów próbujących go dogonić. Po czasie potrzebnym na rozwiązanie zadań idzie pod drugą salę gdzie odbywa się egzamin i korzystając z zamieszania powstałego przy wychodzeniu studentów podrzuca swój egzemplarz do sprawdzenia. Pech chce, że jeden z asystentów po spektakularnej ucieczce naszego bohatera przypomina sobie jego personalia i postanawia poinformować o zdarzeniu sprawdzających prace aby ci uważali na jego nazwisko. Jak łatwo się domyślić sprawca zostaje zlokalizowany (a właściwie jego praca) a po sprawdzeniu egzaminu wraz z wynikami na tablicy pojawia się ogłoszenie aby sprawca tegoż niecnego uczynku zjawił się w gabinecie profesora w celu udzielenia wyjaśnień. Tych wszystkich, którzy wierzą w krasnoludki, smerfy, Św. Mikołaja i sprawiedliwość muszę rozczarować: nie spotkała go zasłużona kara. Zakończył egzamin z oceną w okolicach 4 z tego co pamiętam, dalej studiował i dalej oszukiwał bo w tym był wybitnie dobry i do końca studiów nie skalał się zbytnio uczciwą pracą. Czy jest z tego jakiś morał? Nie, jak widać można oszukiwać i nic specjalnie złego człowiekowi się nie stanie. co najwyżej przykra rozmowa w skrajnym przypadku poprawka egzaminu i zaliczenia. Ze swoim podejściem do oszustwa, którego szczerze i do szpiku kości nie znoszę w katalogu osobliwości klasyfikuję się w okolicach kosmity m.in. przez podejście, które każde mi twierdzić iż za ściąganie studentów powinno się bezwarunkowo wyp.... na zbity pysk z uczelni. Niestety postulat nie ma szans realizacji dopóki odpowiedzialnymi za prowadzenie zajęć będą ludzie, którzy obecnie przyrośnięci do stołków obrastają mchem w uczelnianym ciepełku, nieszczególnie zainteresowani zmianą czegokolwiek aby przypadkiem się nie przepracować. I żałuje, że brakuje wśród nich postaci jak ta na filmie niżej: Dla mniej cierpliwych: prowadzący podczas sprawdzania wyników odnotowuje anomalię, zbyt dużo dobrych ocen. zapuszcza proste statystyczne sprawdzenie: porównanie rozkładów. Rodzi się podejrzenie, które później zamienia się w pewność, iż miało miejsce oszustwo. Idąc tym tropem rozpoczyna zaawansowaną analizę danych prowadzących do wskazania oszukujących studentów z 95% pewnością. Co było dalej... Obejrzyjcie, to tylko 15 minut.
środa, 19 stycznia 2011
Mam słabość do ludzi idących swoją drogą wbrew ogólnie przyjętym regułom. Do takich, którzy kierują się innymi drogowskazami niż większość pozbawiona umiejętności nieszablonowego i samodzielnego myślenia i/lub autorefleksji. Podziwiam, śledzę, analizuję, próbuję wyciągnąć z ich historii i przemyśleń coś dla siebie. Trafiłem dzisiaj na przemówienie człowieka reprezentującego postawę o jakiej piszę, człowieka, który swoją działalnością zyskał sobie grono tak zagorzałych wielbicieli, że ocierają się wręcz o fanatyzm. Wizjonera w pełnym tego słowa znaczeniu. Można go nie lubić chociażby za to, iż często jego firma wciska ludziom kit nazywając go rewolucyjnym tylko dlatego, że się błyszczy bardziej niż poprzedni model, można go nie trawić za nawiedzony sposób prowadzenia tzw. keynotes. Można go też tak po prostu nie tolerować, ale będąc uczciwym nie da się oddać mu iż ma nietuzinkowy umysł. Wspomniane przemówienie miało miejsce na Uniwersytecie Stanforda, mówcą był Steve Jobs. I chociaż to 15 minut (czyli strasznie dużo jak na standardy internetu) to zdecydowanie warto poświęcić mu ten czas. Kilka wynotowanych myśli: "Beleiveing that the dots will connect down the road will give you the confidence to follow your heart. Even when it leads you off the well worn path, and that will make all the difference." "And the only way to do great work is to love what you do. If you haven't found it yet, keep looking. Don't settle. As with all matters of the heart, you'll know when you find it." "Remembering that you are going to die is the best way I know to avoid the trap of thinking you have something to lose. You are already naked. There is no reason not to follow your heart." "Your time is limited, so don't waste it living someone else's life." "Don't let the noise of others' opinions drown out your own inner voice. And most important, have the courage to follow your heart and intuition. They somehow already know what you truly want to become. Everything else is secondary." "Stay Hungry. Stay Foolish." Znalezione na Open Culture.
czwartek, 23 grudnia 2010
Mam nadzieję, że osoba odpowiedzialna za przeniesienie zwyczaju kolacji Wigilijnej do biur wszelakich smaży się w smole i musi słuchać Feel. No, ale jest i co robić, do tej pory jak długo pracuję w swoim mrowisku nie czułem specjalnej potrzeby uczestniczyć w tym zdarzeniu i nieświadom rozgrywających się w kantynie scen kultywowałem swoją antyspołeczność mając serdecznie wyjebane na tzw."obyczaje" zwane tu i ówdzie kulturą korporacyjną. Innymi słowy przesiadywałem w pokoju gdy 99,9% biura integrowało się nad półmiskiem z rybą szczodrze zasponsorowanym przez Hauptfuhrera centrali. Taki już aspołeczny jestem, peszek. Aż do dzisiaj kiedy poczułem, że czas poszerzyć horyzonty i wychynąłem z nory w stosownym momencie by wraz z innymi barankami pokornie odsłuchać co ma do powiedzenia Nasze Słońce (na marginesie niewiele brakuje by generował pole grawitacyjne zdolne utrzymać mały księżyc...) na ten świąteczny czas. Nożeszkurwajegowdupęzapierdolonamać... bywały chwile gdy przeklinałem swoją ciekawość, ale dzisiaj to o mały włos przez nią nie zszedłem. Wydawało się, że człowiek żyjący w Polsce przyswaja z mlekiem matki zdolność tolerowania banału lejącego się szerokim strumieniem z ust polityków, co okazuje się nie do końca prawdą w starciu twarzą w twarz z tymże zjawiskiem. Pierwszy raz w życiu odechciało mi się jeść i po zakończeniu części oficjalnej opuściłem lokal kątem oka rejestrując jeszcze atak HR z prawej flanki na zastawiony stół, udając się do tzw. gdziekolwiek byle dalej. Nigdy, nigdy i jeszcze tysiąc razy nigdy więcej. Podobnie jak zakupów w molochu w przeddzień świąt. Nie wytykać mnie tam paluchami, że mogłem zrobić wcześniej bo to nie na święta ale żeby przeżyć poświąteczny tydzień. Będąc tkanką obcą dla Warszawy postanowiłem wyposażyć się wcześniej w żarło co by nie ganiać po sklepach od razu po powrocie do miasta. Bardzo to ciekawe zjawisko socjologiczne prawdopodobnie: ludność stolicy wywożąca ciężarówkami dobra wszelakie będące podstawą do obliczania wskaźnika PKB jakim nasza wierchuszka chwalić się lubi. I tylko dlatego nie klnę na tych idiotów robiących zakupy tuż przed świętami, w końcu dzięki nim jak by nie było żyjemy w kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie? Chociaż po ch...olerę im trzy koszyki z jedzeniem i jeden z chemią gospodarczą to ja nie wiem. Ale ponoć młody jestem i się nie znam. A żeby dzień zakończyć z jajem (a co!) na TVN24 zaczął się wywiad w którym jedną z głównych ról odgrywała Rokita. Nelly Rokita. I jej "nigdy-chyba-nie-ułożyłam-logicznej-wypowiedzi-dłuższej-niż-dwa-zdania" styl mówienia. Tego było już za dużo, shut down... Odkażanie |
Archiwum
Zakładki:
IT
Oglądam
Przeróżne
Rozwijające
![]()
|